Inne

Historia mojego importu – konkurs rozstrzygnięty

Na konkurs „Historia mojego importu” nadeszło 290 historii. Wszystkie dotyczyły Chin, choć tak naprawdę połowa z nich nie była opowieściami importowymi. Kilka z nich było efektem nagłego przypływu dobrego humoru i takie zamieściliśmy już kilka dni temu w artykule „Import z Chin na wesoło”. Co najważniejsze jednak, otrzymaliśmy dziesiątki ciekawych historii, w różny sposób ujmujących temat importu z Państwa Środka. Jedna została nawet napisana wierszem. W środę opublikujemy wybrane historie i ogłosimy, kto wygrał dodatkowe nagrody.

Zwycięzcą konkursu został Dariusz Szymecki z Rydułtowów. Pan Dariusz wygrał nagrodę główną – 500 złotych. Serdecznie gratulujemy, a jego opowieść zamieszczamy poniżej.

Oprócz nagrody głównej, zwycięzca otrzyma również opaskę USB z wbudowaną pamięcią. Przypominamy, że opaskę taką otrzyma każdy, kto nadesłał opowieść importową. Osoby te otrzymają w poniedziałek e-maila z prośbą o podanie danych do wysyłki nagród. W środę wyłonimy również osoby, które otrzymają książkę Teda Plafkera „Jak robić interesy w Chinach”.

Dziękujemy za wszystkie nadesłane historie i zapraszamy do lektury (zachowana pisownia oryginalna) zwycięskiej historii Dariusza Szymeckiego. Niech będzie natchnieniem dla wszystkich obecnych i przyszłych importerów.

– – –

Nazywam się Dariusz Szymecki i mieszkam w małej śląskiej mieścinie Rydułtowy. Nigdy nie przypuszczałem, że moje życie zmieni się i to bardzo dzięki kontaktom z krajami wschodu. Nie przypuszczałem również, że kończąc technikum elektroniczne będę pracował w handlu i zajmował się właśnie importem z Chin czy Indii. A jednak…

Skończyłem Technikum w 1999 roku a już od stycznia 2000 roku podjąłem pracę w małej firmie która do dnia dzisiejszego jest hurtownią patronacką firmy TONSIL. Zajmujemy się akustyką domową a głównie przemysłową. Czyli nagłośnienia radiowęzłowe sklepów, kościołów, hoteli, szkół itp. instytucji. Początkowo moja praca związana była z funkcją magazyniera ale szybko przeniosłem się do biura gdzie zająłem się fakturowaniem i innymi handlowymi obowiązkami. Mój szef ma przyjaciela, który już od dłuższego czasu importuje sprzęt elektroniczny związany z systemami zabezpieczającymi (kamery, systemy wizyjne, alarmowe etc…). W tej branży jest również zapotrzebowanie na nagłośnienia małych czy większych firm, w celach informacyjnych, tła muzycznego bądź też alarmowych. Przyjaciel szefa zaproponował abyśmy przejęli dział akustyczny i zaczęli sami importować.

Ojjjj… strach i to bardzo wielki pojawił się w Naszych oczach gdyż nie mieliśmy „zielonego” pojęcia od czego zacząć i jak do tego wszystkiego podejść. Kontakty jakieś wstępne otrzymaliśmy lecz to nie wszystko… mój poziom znajomości języka angielskiego pozostawiał wiele do życzenia, nie wiedziałem gdzie uderzyć co do transportu, odprawy celnej. Jakie są kolejności postępowania po złożonym zamówieniu. Na jakich warunkach polega współpraca z chińczykami. Jak się do tego wszystkiego zabrać…. Bardzo dużo znaków zapytania pojawiło się na Naszej drodze.

Owszem tak jak wspomniałem dostaliśmy pewne namiary zatem nie szukaliśmy na początku sami dostawców lecz co dalej… Zatem zaczynamy… jako, że mój angielski był podstawowy to bałem się rozmawiać. Rozumiałem i rozumiem wiele lecz nie posługując się tym językiem ani nie szkoląc się dalej niestety zostałem stać w miejscu. Wielu słówek mi brakowało i do dnia dzisiejszego nadal mi wielu brakuje… lecz zrobiłem pierwszy krok.

Napisałem maila do firm gdzie byłem zainteresowany produktami. Przedstawiłem się kim jestem i co mnie interesuje. Zapytałem się o ceny poszczególnych produktów opierając się tylko o informacje zaczerpnięte ze stron danych firm. Po otrzymaniu odpowiedzi poczułem się lepiej. Taki SPEŁNIONY (oczywiście tylko troszeczke), pierwsze kroki za mną – odezwałem się do obcokrajowców. Woww pierwszy kontakt z CHINAMI. Przepraszam, że nie wspomniałem ale szef mnie wybrał abym zajął się tym wszystkim i dlatego to było dla mnie tak bardzo ważne i zarazem bardzo odpowiedzialne, gdyż chciałem się spełnić na 5+.

Gdy otrzymałem maile zwrotne ze wstępnymi cenami jednostkowymi i ilościami jakie musze zmówić aby dany produkt sprowadzić zaczął się kolejny etap. Analiza produktów – jakie są, jakie mogą być i czy aby na pewno ten czy inny model. Wybraliśmy z szefem kilka modeli i zamówiliśmy próbki. Dogadaliśmy przesyłkę próbek no i czekaliśmy…

Z próbkami jest łatwiej co do transportu lecz o wszystko się obawiałem. Przyszły… zbliżał się 4 kwartał roku 2000.

Przejrzeliśmy próbki wraz z szefem i resztą załogi. Wybraliśmy to co się Nam spodobało i stwierdziliśmy, że będzie na to zapotrzebowanie. Początkowo wybraliśmy kilka produktów. Jakieś wzmacniacze radiowęzłowe, głośniki i mikrofony. Jako, że kalkulacja ceny, transportu, ryzyka należała do szefa to ja tylko czekałem na jego decyzję co dalej i między czasie szukałem firmy spedycyjnej zajmującej się kompleksowo całym frachtem morskim, drogowym i odprawami celnymi. Znalazłem firmę w Warszawie (tak jakoś wyszło, że akurat tam, firma polecona przez znajomego), dopytałem się o wszelkie koszty od momentu załadunku towaru aż do momentu dostarczenia go do mnie na magazyn.

Przekazałem szefowi wartości ( wówczas całkowity koszt transportu to było około 15 do 20 tys w zależności od wielkości kontenera i wagi)… szef zdecydował – zamawiamy.

Zatem kontaktowałem się z chińskim exporterem i przedstawiłem mu ilości towaru jaki potrzebuję. Oczywiście były poprawki faktur gdyż wtedy jeszcze nie wiedziałem co to CBM i ile wchodzi towaru do puszki 20” lub 40” a ile do 40” HQ itd… Po dopracowaniu już finalnej wersji proformy dogadywaliśmy się między czasie co do warunków zapłaty.

Zostało na tym, że wpłacaliśmy 30% wartości faktury aby rozpoczęto produkcję (a czas produkcji jest bardzo różny, w zależności od firmy, ilości, towaru itd… wtedy to było jakieś 45 dni), ,resztę czyli 70% wartości wpłacaliśmy gdy dostaliśmy informację od przewoźnika, że towar już jest odebrany i załadowany na statek. Oczywiście teraz już wiem jak się nazywają poszczególne dokumenty jak między innymi BILL OF LADING informujący Nas o załadunku, frachcie dacie dostarczenia itd… wtedy niestety wszystkie niejasności wyjaśniałem z ludźmi z firmy spedycyjnej, którzy się na tym znali. Dla mnie było wszystko obce, każdy zwrot, skrót wyrazowy musiałem mieć wytłumaczony bądź musiałem sobie wyszukać w Internecie, który wtedy w firmie był w stadium „raczkowania” (szef namówiony na modem itd… postępy z mailami i inne problemy nowinek technicznych).

To wszystko brzmi bardzo niesamowicie i skąplikowanie… owszem takie też wtedy dla mnie było. Bardzo trudno mi się przez to wszystko przedzierało. Sporo nowych pojęć i funkcji do spełnienia. Obowiązków przybywało z dnia na dzień.  Wpłata zrobiona… produkcja rozpoczęta… czas aby rozeznać się gdzie to odprawiać i jak to robić… ??

Firma mieści się w Rybniku i w roku 2000 była jeszcze siedziba Urzędu Celnego w naszym mieście (na dzień dzisiejszy wszystko się pozmieniało i odprawy robimy w Hamburgu). Zgłosiłem się do Urzędu Celnego w Rybniku i przedstawiłem co chcę zrobić. Poprosiłem aby mi pomogli lub nakierowali na to co mam dalej zrobić. Oczywiście musiałem się dowiedzieć jakie dokumenty będę potrzebował od exportera i jakie taryfy celne będą dotyczyły moich produktów. Uzyskałem wszystkie potrzebne informacje no i pozostało mi tylko czekać…

Transport płynął.. ja przedstawiłem exporterowi jakie dokumenty są wymagane no i takowe otrzymałem. Wybrałem u spedytora aby odprawa celna była przekazowa czyli w Rybniku gdyż chcieliśmy wszystkiego dopilnować i w przypadku nieścisłości lub problemów od razu zareagować. Towar przypłynął… został dostarczony do Rybnika na Urząd Celny… my bardzo podenerwowani czekaliśmy co dalej… oczywiście jako nowy towar (mało znany urzędnikom w Rybniku) mieliśmy 100% kontrolę towaru. Byliśmy na to przygotowani gdyż poinformowano Nas, że tak może być.  Sprawdzono wszystko… od A do Z…

No i znów nowe doświadczenia z nowymi dokumentami celnymi SAD. Moje pytania… jak to wszystko obliczać aby móc wprowadzić zakup itd… Ogólnie jak wszędzie na początku – bardzo trudno. Takie to moje „pierwsze koty… za płoty” z Chinami. Oczywiście wiele minąłem gdyż ciężko streścić na szybko coś co wnosiło wiele emocji i przeżyć do mojego życia osobistego.

Teraz pozwole sobie co nie co przeskoczyć… do kolejnych istotnych wydarzeń. Oczywiście pierwsze transporty zakończone były bardzo pozytywnie. Towar dobrze się przyjął na Naszym krajowym rynku. Ja w między czasie szkoliłem się i szlifowałem w nowych dziedzinach, które musiałem znać.

Poszerzaliśmy Naszą gamę produktów i pragnęliśmy nowych kontaktów zatem aby je pozyskać jeździliśmy z szefem po targach i wystawach obejmujących Naszą branżę akustyczną i nie tylko m.in. targi we Frankfurcie „Prolight and Sound” oraz „IFA” w Berlinie. Tam wyszukaliśmy nowych exporterów chińskich i nowe produkty, które Nas interesowały. Wrażenia były o tyle większe, że poznaliśmy szefostwo danej chińskiej firmy osobiście. Wiedziałem z kim rozmawiam lub koresponduję, a to naprawdę wierzcie mi ale bardzo dużo daje gdy siedzi się w biurze i pisze do kogoś na drugi koniec świata mail. Nowych firm się mnożyło. Oczywiście przybywało transportów co za tym idzie mi przybywało obowiązków. Więcej firm więcej problemów. Wiadomo sprzęt importowany nie był zawsze idealny albo inaczej – nie był od początku idealny. Musieliśmy sobie wypracować markę. Dopracować nieścisłości techniczne. Ewentualne wady sprzętu trzeba było zlikwidować aby produkt był jak najlepszy i zadowalał klienta końcowego.

Ja z dnia na dzień stawałem się odważniejszy w rozmowach i korespondencjach z dalekim wschodem. Wyszukiwałem nowych firm na Internecie, które by Nas zainteresowały. Zamawiałem próbki towarów, katalogi. Rozwijało się naprawdę super aż pewnego dnia w roku 2004 mój szef zdecydował, że najlepszym sposobem aby pozyskać najlepsze kontakty i aby zobaczyć jak to wszystko wygląda „od kuchni” – będzie podróż do Chin, aby spotkać się z producentami. Umówić się i zobaczyć fabryki gdzie kupujemy. Jak to wszystko przebiega od momentu mojego wysłania zamówienia.

Aby podróż nie była zwykłą wycieczką wybraliśmy termin w którym mogliśmy coś oprócz spotkań z dotychczasowymi firmami z którymi współpracujemy, załatwić cos więcej i poszukać nowych możliwości. Takim okresem dla Nas jest miesiąc kwiecień lub październik. Są to miesiące w których odbywają się w Chinach targi, które Nas bardzo interesowały( Elektroniczne targi w Hong Kongu oraz targi exportu Chińskiego w Kantonie , Guangzhou – czyli nie tylko elektronika).

Polecieliśmy… oczywiście wcześniej dobrze dopracowany plan podróży, zaplanowane wszystkie spotkania z firmami z którymi współpracujemy. Decyzja szefa co do lotu była umocniona tym, że poznał człowieka, który perfekcyjnie potrafi język chiński i mogliśmy na nim polegać jako tłumaczu i nie tylko gdyż jest to kraj niesamowitych niespodzianek. Byliśmy na nie dobrze przygotowani…

Była to podróż mojego życia. Mogłem z bliska zobaczyć jak wyglądają fabryki w których produkowane są moje produkty. Poznać wielu niesamowitych ludzi, ich obyczaje i kulturę. To wszystko umocniło Naszą współpracę z wybranymi firmami. Wrażenia i wspomnienia były i są niesamowite. Ta podróż pozwoliła Nam na szczegółową selekcję produktów, wybrania nowych modeli, których normalnie siedząc w Polsce bym nie znał. Targi na miejscu w Chinach poszerzyły Nam horyzonty współpracy i możliwości działania oraz wiedzę techniczną i nie tylko. Bardzo się to przydało gdyż w momencie wejścia Naszego kraju do UNII EUROPEJSKIEJ w dniu 1 maja 2004roku, prawo polskie narzuciło mi wielką barierkę „wymogów” jakie musi spełniać sprzęt importowany przez moja firmę i wprowadzany do handlu na rynek europejski, a ja częściowo już byłem przygotowany. Musiałem załatwiać odpowiednie certyfikaty z badań laboratoryjnych w odpowiednich jednostkach notyfikowanych itd…

Wszystko musiało być zgodne, gdyż w momencie kontroli nie było „zmiłuj się”, a kary były duże. Znów nowe pojęcia wpajałem do głowy( deklaracje CE, WEEE, przynależności do dyrektywy etc) ojjj wiele tego jest.

Kolejne wyjazdy do Chin umożliwiały mi dopracowanie na miejscu wszystkich szczegółów oraz zlikwidowanie czegoś co nie było i nie jest zgodne z prawem. Lecz przyznam, że wszystko jest niesamowicie emocjonujące i dające mi wielką satysfakcję z pracy. Mogę się sprawdzić w czymś nowym.

Na dzień dzisiejszy współpracuję z różnymi firmami spedycyjnymi. Mam wielu exporterów i pracuję na różnych warunkach współpracy między firmami. W niektórych są wpłaty przed produkcją gdzie indziej już wypracowane zaufanie i całość płacona po produkcji. Jeszcze gdzie indziej pół na pół lub 30% na 70% i jeszcze kilka innych sposobów. Transport płatny po mojej stronie lub płatny przez exportera. Współpraca nie tylko z Chinami ale również z Taiwanem oraz Indiami. Import nie tylko elektroniki przemysłowej, akustyki ale również mebli. Mam wielu zaufanych przyjaciół – pozwolę sobie tak nazwać poznanych w Chinach ludzi – oraz urozmaicenie w pracy.

Oczywiście nie zawsze same pozytywy, gdyż problemy również są. To jakieś zatonięcia statku, to zaginięcie jakiejś pozycji towaru lub nie dosłane na czas dokumenty albo problemy z urzędem o zakwestionowaniu zmiany kodu taryfy celnej lub przestoje kontenera i nie dopłynięcie na czas…. Ojj wiele jest za i przeciw i mógł bym godzinami o tym pisać i rozmawiać. O tym jak było w Chinach, co mi to dało, że tam poleciałem. Jak pomogły mi targi w Europie. Jak zaczęła rozwijać się firma, czy towar był trafiony w dziesiątke czy może bubel, jakie ponosiliśmy ryzyko, jakie ilości magazynowe, trafności w zamówieniach i ich brak, dopracowanie serwisów, części zamiennych, zadowolenia klientów i również nie zadowolenia, przyjęcia nowych pracowników, rozwój strony internetowej firmy i wszystkich zagadnień technicznych…. Etc….

Bardzo dużo bym mógł tutaj napisać ale sądzę, że i tak już za dużo napisałem. Miałem tylko historyjkę napisać co do importu z Chin . A ja tutaj jakiś elaborat walnąłem… hi hi hi

Przepraszam za chaotyczny styl pisania ale wyrzucałem z siebie to co mi akurat do głowy przyszło. Nie zastanawiałem się nad tym pismem tydzień czy dwa lecz dziś trafiłem na Waszą stronę zupełnie przypadkiem i zainteresował mnie tytuł Waszego konkursu. Stwierdziłem „co mi tam” podzielę się moimi uczuciami i tym co przeżywałem. Choć nie sądzę aby udało mi się to do końca tak jak chciałem, przynajmniej troszeczkę i na szybko przedstawiłem Wam moją historię.

Podsumowując:
Wszystkim pragnącym przeżyć przygode i tym którzy mają dobry pomysł na produkt, którym trafią do odbiorcy finalnego, polecam bardzo „zabawę” z importem choć wiele jest utrudnień i znaków zapytania. One wszystkie same się wyjaśnią i znikną a rozwój sytuacji i rozwój firmy będzie wielką niespodzianką. Tak jak to było w moim przypadku.

Pisze to zarówno dla tych, którzy chcą importować małe ilości w celu szybkiego wysprzedania tego na portalach internetowych, jak i do tych, którzy maja wielkie firmy i chcą importować całymi kontenerami gdyż widzą w tym przyszłość i dobry zarobek.

Bardzo się bałem i jest czego lecz po przezwyciężeniu strachu i przebrnięciu z czyjąś pomocą lub samodzielną pracą, zauważymy tylko SATYSFAKCJĘ. Może „spłyciłem” to wszystko i Ci którzy chcą opisać to szczegółowo będą się burzyć, że to jest inaczej lecz to miała być moja historia i taka właśnie jest. Są to moje prawdziwe przeżycia.

Zamów darmową konsultację
z ekspertem BigChina!

Masz pytania dotyczące importu z Chin do Polski? Możemy Ci pomóc!
Nasz specjalista skontaktuje się z Tobą i udzieli wszystkich potrzebnych informacji.

W trakcie niezobowiązującej rozmowy telefonicznej możesz dowiedzieć się:

Wypełnij formularz, a skontaktujemy się z Tobą w ciągu maksymalnie 24h.