Porady ekspertów

Zainwestuj w Chinach: Produkuj tanio, sprzedawaj drogo

Rynki Zagraniczne 

 

Gdzie produkować najtaniej? W Chinach. Gdzie sprzedawać najdrożej? W Europie. Czasami najprostsze, wręcz banalne rozwiązania są najbardziej skuteczne. Pomimo iż cały świat korzysta z chińskiej taniej siły roboczej, polskich inwestycji w Chinach wciąż jest niewiele. A chiński smok wcale nie jest taki straszny, jak go malują.

— Szczerze współczuję polskim przedsiębiorcom. Tych podatków, tych urzędników. Wiecie, że nawet nie zacząłem jeszcze produkcji pod Wrocławiem, a już musiałem urzędowi płacić pierwsze podatki?! — Jan Szymanowski, właściciel fabryki mebli w Chinach zżyma się na polskie porządki. Nie to co Chiny, gdzie przedsiębiorca i jego komfort są na pierwszym miejscu. Właściciel Schangri La Furnitures, mówi wprost: — Nikt nie jest w stanie konkurować z Chinami kosztami produkcji. Gdybym dziś od nowa rozpoczynał biznes, zacząłbym od kupienia biletu do Pekinu. Co odstrasza polskich przedsiębiorców od inwestycji w Chinach? Odległość geograficzna, kulturowa (chińskie znaczki i niezrozumiały język)? Może problemem jest koszt i czas transportu? Czy diabeł rzeczywiście taki straszny, jak go malują? Pierwszą jaskółką polskich inwestycji w Chinach było Rafako, jednak firma szybko zrezygnowała z przedsięwzięcia zniechęcona masowym kopiowaniem swojej technologii. Jak dotąd jedynie Bioton zdecydował się na inwestycję z prawdziwego zdarzenia — chcąc wybudować na miejscu fabrykę insuliny.

Przedsiębiorca na pierwszym miejscu

Inni Polacy? CCC zleca produkcję butów, LPP zleca szycie odzieży, Pacific kupuje zegarki i gadżety reklamowe, dziesiątki innych polskich firm importują narzędzia, fotele biurowe, szaliki kibica, łańcuchy, wiertła, elektronikę, zabawki i tak dalej. Jednak współpraca z właścicielami chińskich zakładów produkcyjnych to nie to samo,co samodzielna produkcja. Świat na potęgę inwestuje za Wielkim Murem. Od roku 1990 zainwestowano już prawie 500 miliardów dolarów. Co roku zresztą liczba inwestorów, a także suma inwestycji powiększa się. W samym 2005 roku zagraniczne inwestycje przekroczyły 60 miliardów dolarów, a chińskie rezerwy budżetowe w tym roku przekroczą niebotyczną kwotę 1 biliona dolarów. 45 procent chińskiego eksportu jest produkowana przez firmy zagraniczne (z czego większość to chińscy inwestorzy z Hongkongu i Tajwanu). Skąd taki sukces Chin w przyciąganiu inwestorów? Decyduje o tym kilka czynników. Po pierwsze tania siła robocza, po drugie proinwestycyjna i nastawiona na przyciąganie zagranicznego kapitału polityka rządu centralnego i, co być może jeszcze ważniejsze, przychylność lokalnych władz często rywalizujących między sobą o zachodnie inwestycje i po trzecie, zwłaszcza na Wybrzeżu, doskonale przygotowana infrastruktura (autostrady, porty, lotniska). Polskie firmy produkcyjne nie są już w stanie konkurować cenowo z chińskimi. Wiele z nich zamieniło się w hurtownie i sieci dystrybucyjne, znajdując własnych dostawców i producentów na Dalekim Wschodzie i koncentrując się na budowaniu własnej marki i kontroli jakości. Część producentów opuszcza Polskę i przenosi się na bliską geograficznie, kulturowo i językowo Ukrainę i Rosję, jak na przykład wielkopolski Groclin.

Zostań chińskim fabrykantem

— Własna fabryka w Chinach — to bardzo proste. Naprawdę nie ma się czego obawiać — mówi Jan Szymanowski, właściciel Shangri La Furniture. Trafił do Chin w 2003 wroku z USA, gdzie przebywał od końca lat 70. — Najpierw handlowałem meblami w USA. Gdy zgromadziłem pewien kapitał, uznałem, że warto przenieść się do Chin i samemu produkować — wspomina początki swojej drogi. — Wynajmowałem hale produkcyjne. Interes nieźle się kręcił, więc z myślą o budowie własnej fabryki kupiłem ziemię. Budowa fabryki zatrudniającej 60 pracowników kosztowała go okrągły milion dolarów. Dalej wszystko potoczyło się jak w amerykańskim śnie. Zamówienia, klienci, pierwsze środki na inwestycje. Potem pojawiły się większe zamówienia, jeszcze więksi klienci i dzięki ciągłym nakładom firma hula na pełnych obrotach. Dziś Jan Szymanowski zamierza powrócić do Polski, już jako inwestor z kapitałem. Ale wracając do Chin… — Zacząłem od zakupu ziemi. Za 128 tysięcy dolarów otrzymałem 24 „mu”. „Mu” to tradycyjna chińska jednostka miary — w przeliczeniu około 666 m2. Łącznie więc dysponowałem powierzchnią około 1,6 hektara. Później, budując fabrykę, zainwestowałem jedynie 200 tysięcy dolarów swoich pieniędzy. Reszta jest finansowana z pożyczki hipotecznej, którą spłacam (około 7-8% rocznie). Projekt kosztował mnie 10 tysięcy dolarów. Resztę zrobiła zatrudniona przeze mnie ekipa budowlana. Wybudowali fabrykę w 6 miesięcy. Koszt budowy wyniósł ok. 100 dolarów za m2 — szef Schangri La zdradza szczegóły swojego know-how. — Obecnie wartość ziemi to już 80-90 tysięcy.
Trochę na niekorzyść biznesu działa też drożejący juan (USA na ChRL wywiera presję, by zdewaluowały juana, wielu analityków uważa, że jego sztywno utrzymywany kurs zaniża wartość chińskiej waluty nawet o 40%, przyp. red.).

Miasteczko kranów, miasteczko płytek

Kwestia lokalizacji inwestycji znalazła w Chinach swoje specyficzne rozwiązanie. Każda branża ma swój region, całe miasteczka zajmujące się a to produkcją płytek, a to armatury czy, jak w przypadku Rafako, kotłów grzewczych. Czytelnikom Rynków Zagranicznych Jan Szymanowski rekomenduje Heshan jako miejsce na czasie i, mówiąc z amerykańska, on budget — czyli relatywnie tanie. Miasto położone jest nieco na uboczu „Fabryki Świata” — delty Rzeki Perłowej, gdzie wybudowano już tysiące fabryk i ceny ziemi poszły gwałtownie do góry. Inna sprawa, że akurat w delcie lokalne władze zobojętniały na zagranicznych inwestorów, a pracownicy nie palą się do pracy za zbyt małe stawki. — Wybrałem Heshan, gdyż ceny w okolicach Shenzhen, Donguan były wysokie, poza tym wszystko jest już tam pozajmowane — dodaje Szymanowski. — Heshan ma ważną zaletę: położony jest blisko morza, a więc transport kontenera do portu zajmuje kilka godzin. Poza tym władzom zależy na przyciąganiu inwestycji. Zaoferowano mi trzyletnie zwolnienie z podatków. Oprócz mnie jest tylko jedna zagraniczna firma. Im bliżej Hongkongu, tym bardziej rosną koszty pracy — opowiada przedsiębiorca. Chiński rząd zachęca inwestorów do zainteresowania zachodnimi Chinami. Hasło „go west!” ma pociągnąć gospodarczo ubogie zachodnie prowincje, których mieszkańcy stanowią armię seczuanu — źródło taniej siły roboczej. Inwestycje na zachodzie Chin są opłacalne przy jakichś ogromnych projektach, produkcji na bardzo dużą skalę o potencjalnie dużym zwrocie. W przeciwnym wypadku zysk z zastosowania taniej siły roboczej jest konsumowany przez wysokie koszty transportu do najbliższych portów. Czasem sam transport produktu do portu kosztuje tyle, co jego późniejsza wysyłka do Europy (ok. 3000 dolarów za 20-stopowy kontener i 4000 dolarów za 40-stopowy). Czas dotarcia ładunku do portu wynosi około trzech dni. Zmorą może być brak wykwalifikowanej siły roboczej, menadżerów średniego szczebla. Wielu inwestorów skarży się na nieprzychylność władz, które nie ułatwiają inwestorom życia (mimo jasnych dyrektyw rządowych!). Jan Szymanowski o swoich chińskich pracownikach: — Zatrudniam 60 ludzi. Wybudowałem dla nich według chińskiego zwyczaju specjalny hotel robotniczy ze stołówką i salami do ping ponga. W ostatnim tygodniu ukończyliśmy boisko do koszykówki. Do Schangri La ludzie w większości przyjeżdżają z zachodu. Zarobki na poziomie 900 juanów, czyli około 100 dolarów to już w Guangdongu przeszłość. Tyle można zapłacić początkującym niewykwalifikowanym robotnikom. Każdy, który coś umie, żąda podwyżki, a jeśli jej nie dostaje, zatrudnia się u konkurencji, która z otwartymi ramionami przyjmuje pracowników, którzy już wdrożyli się w produkcję. Średnie zarobki pracowników Schangri La Furniture to około 2000 juanów — ok. 260 dol. — Jestem zadowolony z ich zaangażowania. Szybko uczą się też dbałości o jakość. W kosztach pracy znaczenie ma także ubezpieczenie. Za 60 pracowników płacę ryczałt w wysokości 650 dolarów.

Ziemia dla inwestorów

W inwestycyjnych planach warto uwzględnić fakt, że inwestor nie nabywa prawa własności do ziemi. „Kupując” teren pod inwestycje uzyskuje w rzeczywistości prawo jej 50-letniego użytkowania. Urzędnicy bacznie przyglądają się też pierwszym krokom inwestora. Jeśli urzędnicy zorientują się, że przez 2 lata nic nie jest na niej budowane, można mieć kłopoty i być posądzonym o spekulację. — Ja swoją pierwszą fabrykę już zbudowałem. Wiele osób pyta mnie: może sprzedasz fabrykę i postawisz nową? Kiedy usłyszałem, jak bardzo niemiecka firma motoryzacyjna przepłaciła, zatrudniając chińską firmę, zaczynam się poważnie nad tym zastanawiać. Zapraszam wszystkich Polaków do Heshan, gdzie jest dobry klimat do inwestycji i niczego nie brakuje. Naprawdę nie taki ten chiński smok straszny, jak go malują! — zachęca Jan Szymanowski.

Radosław Pyffel

Zamów darmową konsultację
z ekspertem BigChina!

Masz pytania dotyczące importu z Chin do Polski? Możemy Ci pomóc!
Nasz specjalista skontaktuje się z Tobą i udzieli wszystkich potrzebnych informacji.

W trakcie niezobowiązującej rozmowy telefonicznej możesz dowiedzieć się:

Wypełnij formularz, a skontaktujemy się z Tobą w ciągu maksymalnie 24h.